Alarm ekspertów! Koniec wypoczynku nad Bałtykiem?

„Morze, nasze morze” – cieszymy się w piosence z 843 km linii brzegowej Bałtyku będącej w granicach Polski. Warto jednak napisać, że kto marzy o wypoczynku na naszych nadmorskich plażach, powinien to zrobić jak najszybciej. Nie wiadomo bowiem, jak długo jeszcze kąpiel w Bałtyku będzie bezpieczna, a smakowanie świeżo złowionej ryby w jego wodach wyjdzie nam na zdrowie. Eksperci alarmują: Bałtyk to bomba z opóźnionym zapłonem.

Morze Bałtyckie to nie tylko nasze okno na świat. W jego zlewisku żyje ok. 150 mln ludzi, w tym 16 mln w pobliżu jego brzegów. Nad Bałtykiem jest ok. 60 dużych aglomeracji miejskich oraz wiele zakładów przemysłu rafineryjnego i chemicznego. Tylko wzdłuż wybrzeża Szwecji zlokalizowanych jest 10 zakładów celulozowych. Z Petersburga wypływa każdego dnia do Newy bez jakiegokolwiek oczyszczenia ok. 4 mln metrów sześciennych ścieków i szlamów.

Również w Kaliningradzie oczyszczalnie ścieków odprowadzają trujące odpady prosto do Bałtyku i Zalewu Wiślanego. Truje także Estonia, gdzie intensywne przetwórstwo łupku naftowego stanowi główne źródło metali ciężkich i fenoli. Polska, mimo oddania do użytku zlewni oczyszczalni ścieków dla powiatu puckiego w Jastarni i Swarzewie, wciąż znajduje się wśród największych trucicieli Bałtyku.

– Największym problemem Morza Bałtyckiego jest eutrofizacja, czyli tzw. przeżyźnienie. To efekt rolnictwa krajów nadbałtyckich przesyconego nawozami sztucznymi, które zasilają dopływy rzek w ok. 200 tys. ton azotu i 5 tys. ton fosforu rocznie. Polska, która leży w 99 proc. w zlewisku Morza Bałtyckiego, a 50 proc. tego obszaru to obszary rolnicze, zajmuje niechlubne pierwsze miejsce, jeśli chodzi o dostarczanie tych związków. Ze wszystkich krajów nadbałtyckich dostarczamy 37 proc. związków azotu i 48 proc. związków fosforu – mówi PortalSamorzadowy.pl Sebastian Kobus z Fundacji WWF Polska.

Zatopione pojemniki z bronią chemiczną

W Morzu Bałtyckim wymierają nie tylko niektóre gatunki roślin i zwierząt, ale czasami nawet całe ekosystemy podlegające ochronie. Coraz częściej rybacy wyławiają owrzodzone ryby. Najbardziej narażone są płocie, dorsze i flądry.

Według Jacka Wittbrodta, prezesa Zrzeszenia Rybaków Morskich, nie ma zagrożenia, by ryby pochodzące z rejonów, gdzie znajdują się zatopione pojemniki z bronią chemiczną, trafiły na nasze stoły. W tych rejonach jest zakaz połowów. – Mówiąc, że zatopiona broń chemiczna to „bomba z opóźnionym zapłonem”, chciałem uświadomić decydentom, że pozostawienie tego problemu, może spowodować w przyszłości, że ta bomba wybuchnie. Wtedy będziemy mieli ogromną katastrofę – zapewnia prezes Wittbrodt.

Kamil Wyszkowski, dyrektor generalny Global Compact Network Poland, zarządzającej w Polsce siecią członków United Nations Global Compact oraz koordynującej współpracę sektora prywatnego z administracją rządową i samorządową przyznał w rozmowie z PortalSamorządowy.pl, że nie wszystkie ryby z Bałtyku są zdrowe, zwłaszcza te żerujące przy dnie.

Raport ONZ

Raporty ONZ przedstawione w czerwcu 2017 r. w Nowym Jorku podczas The Ocean Conference wskazują, że zanieczyszczenie oceanów i mórz postępuje. Podobnie w Bałtyku sytuacja się pogarsza, co ma wpływ na jakość mięsa ryb takich gatunków jak flądra bałtycka, ale i hodowlanego łososia bałtyckiego.

Także inne gatunki ryb, w szczególności te żerujące przy dnie, narażone są na kontakt z substancjami chemicznymi szkodliwymi dla zdrowia ludzi, które odkładają się w ich mięsie. – Jedząc je, możemy narazić się na poważne choroby – twierdził dyrektor Wyszkowski.

Potwierdził też, że wzdłuż polskiej linii brzegowej na głębokościach od 100 do czasami nawet 10 metrów znajdują się duże ilości niewybuchów i niewypałów z czasów II wojny światowej, w tym miny lotnicze, miny morskie, amunicja dużego kalibru, a także nieznane bliżej ilości pojemników z gazem duszącym – z cyklonem B, iperytem, czyli gazem musztardowym, sarinem, znanym z ataków w Tokijskim metrze, luizytem, adamsytem czy substancjami duszącymi, paraliżującymi albo parzącymi.

Bałtyk może stać się morzem martwym

– W 1946 roku, zaraz po zakończeniu II wojny światowej, na podstawie porozumień poczdamskich, zostało zatopione w Morzu Bałtyckim ponad 320 tysięcy ton amunicji, ok. 50 tys. ton broni chemicznej, z czego 15 tys. ton stanowią chemiczne środki bojowe, czyli najniebezpieczniejsze substancje, zwłaszcza gaz musztardowy. Rosjanie i Amerykanie czyszczący poniemieckie magazyny broni chemicznej początkowo mieli zatopić tę broń w głębi atlantyckiej na głębokości nie mniejszej niż 1000 metrów, a także częściowo dokonać jej utylizacji na lądzie, ale niestety z powodu kłopotów logistycznych i ogromnych kosztów wybrali tańsze rozwiązanie i broń, w tym broń chemiczną, zatopili w Bałtyku – mówi dyrektor Wyszkowski.

Podkreśla, że po ponad 70 latach część z pojemników zaczyna się rozszczelniać. Największe skupiska zatopionej broni znajdują się po wschodniej stronie Bornholmu oraz w połowie drogi między Kaliningradem a Gotlandią. W ramach Rady Państw Morza Bałtyckiego podjęto wysiłki określenia miejsc zrzutu broni chemicznej i dane są dostępne w raportach opracowanych w ramach programu badawczego Chemsea, który był prowadzony w latach 2011-2014.

Niestety, część broni została także zatopiona na wysokości Kołobrzegu, Dziwnowa, Darłowa i Helu. Jeżeli dojdzie do rozszczelnienia, to możemy być świadkami katastrofy ekologicznej na dużą skalę. Jeśli dodamy do tego postępujący proces eutrofizacji, to Bałtyk może stać się morzem martwym – mówi dyrektor.

O tym, że nie są to przysłowiowe „strachy na lachy”, świadczyła budowa Gazoportu w Świnoujściu, którą prowadziło polskie LNG. Podczas niej, przy oczyszczeniu dna morskiego na odcinku tzw. podejścia do portu, wydobyto z dna morza 1810 pocisków, min lotniczych, bomb głębinowych, torped oraz amunicji różnego typu, w tym broń chemiczną.

Wprawdzie Jan Marcin Węsławski z Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie uspokajał, przekonując, że część tych pojemników już dawno skorodowała, ale zawarte w nich substancje o konsystencji mydła lub plasteliny są słabo rozpuszczalne w wodzie i jeżeli ktoś ich fizycznie nie wygrzebie z dna, same nie wypłyną ani się nie rozpuszczą.

Praktyka świadczy jednak, że może też być inaczej. Co znamy już z ub. wieku. Beczki z iperytem znaleziono na plaży w Jastarni, a także w Dziwnowie i Kołobrzegu.

Do największej tragedii doszło w 1955 roku w Darłówku, kiedy iperytem poparzonych zostało 102 dzieci, a czworo straciło wzrok. W 1990 roku do takich poparzeń doszło w okolicach Królewca. Szukający bursztynu wzięli za niego bryłki iperytu. Kilka lat temu załoga kutra rybackiego z Władysławowa wyłowiła brunatną bryłę, przypominającą glinę. Był to iperyt siarkowy, do złudzenia przypominający denny szlam, który wydziela gaz musztardowy, powodujący rozległe oparzenia.

Nieświadomi zagrożenia rybacy doznali ciężkich oparzeń. W przypadku iperytu objawy zatrucia i uszkodzenia skóry pojawiają się często po wielu godzinach. W efekcie poparzeniu może ulec wiele osób, zanim ktokolwiek zorientuje się, z jak groźną substancją ma do czynienia.

Czy unikać kąpieli w morzu?

– Poparzeniom często ulegają również plażowicze. Przykładowo grudka białego fosforu to taki ładny biały kamyczek, po przełamaniu w środku przypomina bursztyn w kolorze pomarańczowo-miodowym. To potencjalnie ładna, fajna pamiątka, którą warto zabrać do domu. Nie wiedząc, że to śmiertelnie niebezpieczna trucizna, ryzykujemy poważne poparzenie. Małe dziecko, które znajdzie na plaży kamyczek przypominający bursztyn i włoży go sobie do ust, po prostu umrze – mówi nasz rozmówca wprost.

Warto przypomnieć, że biały fosfor ogrzany w ręce może się gwałtownie zapalić, osiągając temperaturę 1300 stopni Celsjusza. Wydziela przy tym żrący dym, a sam jest bardzo silnie trujący – śmiertelna dawka dla dorosłego człowieka wynosi 0,1 grama. To bardzo poważne zagrożenie dla życia i zdrowia, które będzie narastało – ostrzega Wyszkowski.

Im więcej beczek będzie się stopniowo rozszczelniać, tym więcej będzie takich znalezisk na polskich plażach. – Już obecnie kąpieli morskich w Darłowie, Kołobrzegu czy Dziwnowie lepiej unikać, tam na głębokości odpowiednio 90, 65 i zaledwie 10-12 m, czyli bardzo płytko, mogą zalegać beczki z bronią chemiczną. Sugerowałbym dokładną analizę dna morskiego wzdłuż plaż o największym natężeniu ruchu turystycznego. Te miejscowości są najbardziej narażone na to, że substancje dostaną się w ręce nieświadomych zagrożenia plażowiczów – podkreśla Kamil Wyszkowski.

Włodek Kaleta

Cały artykuł przeczytasz na stronach Portalu Samorządowego

Znalezione obrazy dla zapytania logo interia

Udostępnij Artykuł