Lichwiarze dopiero zaczną na nas żerować

Minister sprawiedliwości przyłożył miecz do gardła lichwiarzom. Zapomniał jednak o wadze. A miecz jest obosieczny. Nawet jeśli jednym „lichwiarzom” poderżnie gardła, wcale to nie znaczy, że lichwa nie rozkwitnie. Będzie tylko nielegalna, niecywilizowana, dzika, a przez to niebotycznie kosztowna.

Porównajmy dwie sytuacje – idziemy do banku i ten chce nam dać kredyt oprocentowany na kilkanaście procent rocznie. Zżymamy się, że drogo, ale w końcu kredyt bierzemy, choć to, ile zapłacimy, jest zupełnie nieracjonalne ekonomicznie. I nikt tu nie mówi o lichwie. I drugi przykład – rencistki, która pożyczyła 650 zł, pieniędzy nie oddała, bo była za biedna, komornik zajął w ciągu kilu lat z jej renty prawie 22 tys. zł, a do spłaty pozostało jej jeszcze ponad 52 tys. zł. Każdy przyzna, że wpadła w ręce lichwiarzy i to wyjątkowo podłych.

Intencje ministra sprawiedliwości wyglądają na z pozoru oczywiste i czyste – chce, żeby ludzie, a zwłaszcza ludzie ubodzy, za pożyczane pieniądze nie płacili wygórowanych kwot. Ale jeśli przyjętemu przez rząd w ekspresowym tempie projektowi zmian w kilku ustawach przyjrzymy się dokładniej, to widać poważne ryzyko, że jego skutki mogą być drastycznie różne od intencji.

„Z siekierą na lichwiarkę”

Ekonomia na ogół nie składa się jednak z sytuacji czarno-białych. Bo oto na polskim rynku przez ostatnie kilkanaście lat wyrósł spory sektor firm pożyczkowych. Jego przedstawiciele mówią off-the-record, że minister ucieka się do posunięć tak radykalnych jak pewien petersburski student 150 lat temu. Ale nawet w instytucjach publicznych po cichu przyznają im rację. Bo właśnie cały ten sektor ma zostać wyeliminowany. Pozostaje pytanie – co w zamian?

Ministerstwo Sprawiedliwości tego nie mówi. Powołuje się na „walkę z lichwą” w wielu krajach Unii, w tym na Słowacji. To właśnie tam dość radykalnie zwalczano „lichwę”. Od tego czasu pod bankami w Bratysławie i Kieżmarku widuje się częsty obrazek. Klient wychodzi z banku bez kredytu, bo bank ocenił, że jest za bardzo ryzykowny. Ledwo minął drzwi, podchodzi do niego uprzejmy pan lub miła pani. – Zapraszamy do nas. My pożyczymy potrzebne pieniądze.

To szara, a nawet czarna strefa, którą w Polsce znamy z czasów PRL, bo tak wyglądał wtedy rynek walutowy. Na Słowacji wyrosła niemal natychmiast, gdy wprowadzono ustawę mającą „zlikwidować lichwę”. Jest oczywiście nielegalna, więc koszty zwiększonego ryzyka ponosi klient. Jest nielegalna, więc nie trzyma się żadnych reguł, także przy windykacji, kiedy pożyczka nie zostanie spłacona. Kij baseballowy i pałka, a nie żadne tam naliczanie odsetek czy odsetek od odsetek. Czysta przemoc w najbardziej drastycznej postaci.

Skądś to znamy, prawda? Pamiętamy lata, gdy wybuchł kryzys, a ludzie zadłużeni w pożyczkach z ogłoszeń rozwieszonych na słupach, straganach i na publicznych toaletach, tracili pracę. Strony gazet wypełniały opowieści o windykacji prowadzonej kijem i pałką. Tak naprawdę wtedy jako społeczeństwo po raz pierwszy doświadczyliśmy w pełni znaczenia słowa lichwa.

Nowe przepisy wywrócą rynek?

Teraz specjaliści z rynku kredytowego, a nawet z rządu, mówią: zmiany mogą wywrócić legalny, przez ostatnie lata dość solidnie uregulowany i już dość przejrzysty sektor firm pożyczkowych. Lichwa powróci wtedy w skrajnej i czarnej postaci. Pomysły Ministerstwa Sprawiedliwości otwierają do tego drogę. Jakie to pomysły? Zacznijmy po kolei.

Pożyczanie pieniędzy było zawsze sprawą drażliwą. A pożyczać potrzebują gównie ludzie biedni, którym tak uzyskane pieniądze dają przelotne poczucie zaspokojenia potrzeb. Polskie prawo, podobnie jak w większości krajów Zachodu, zabrania uprawiania lichwy. Co to jest lichwa? Według naszego prawa polega ona na wykorzystaniu przymusowego położenia innej osoby do zawarcia z nią umowy, w wyniku której poniesie ona niewspółmiernie wysokie koszty za uzyskane świadczenie. Czyli bardzo kosztowną pożyczkę.

Gołym okiem widać, że to słaba definicja. Bo co to znaczy „przymusowe położenie”? Czy emerytka potrzebująca kilkuset złotych na leki jest w takim położeniu? Zapewne tak. Ale czy małżeństwo z dwójką dzieci, które nie ma gdzie mieszkać, nie jest w „przymusowym położeniu” zaciągając kredyt hipoteczny? Czy bank udzielający kredytu hipotecznego tę sytuację wykorzystuje, czy nie?

Wróćmy jednak do naszej staruszki-emerytki, która poszła pożyczyć chwilówkę na samoopiekające patelnie. Czy brak tych patelni był „przymusowym położeniem”? Sprawa do dyskusji. Drugą słabością definicji lichwy w polskim prawie jest słowo „niewspółmierne”. I tu właśnie wkracza minister sprawiedliwości, który z góry chce określi co jest współmierne, a co nie jest.

Nie dzieje się tak zresztą po raz pierwszy. Uchwalone w 2016 roku prawo określiło, jakie są dopuszczalne koszty pożyczki i kredytu. Po pierwsze ograniczyło koszty odsetkowe. Po drugie – wyznaczyło pułap dla całkowitych kosztów pozaodsetkowych (czyli marży plus prowizji plus opłat za rozpatrzenie wniosku, itp.) do 55 proc. kwoty udzielonej pożyczki.

Podróż w nieznane

Na początku tego roku ministerstwo postanowiło te pozaodsetkowe koszty jeszcze bardziej obniżyć – w sumie do 45 proc. I taki projekt przedstawiło rządowi. Zaczęły się długie i gorące dyskusje. Argumentowano, że obniżka została zaproponowana niespełna dwa lata od wprowadzenia poprzedniego pułapu. Może więc lepiej trochę poczekać, żeby zobaczyć, jak to działa? Ministerstwo Finansów zarzucało proponowanym zmianom nieścisłości, które mogą doprowadzić do tego, że zwiększy się i tak już spory bałagan w polskim porządku prawnym.

Najważniejsze pytanie było jednak o to, czy po niespełna dwóch latach można ocenić gospodarcze i społeczne skutki wprowadzonych wcześniej zmian i co z nich wynika na przyszłość. Odpowiedź jest oczywista – za wcześnie na ocenę, a jakie będą skutki zaostrzenia przepisów – nie sposób jeszcze przewidzieć. I Ministerstwo Sprawiedliwości przeszło nad tym do porządku dziennego. Nie dokonało żadnej oceny skutków.

Co to oznacza? Brak oceny skutków stanowionego prawa to trochę tak, jakbyśmy wypływali na nieznane wody. Nie wiadomo, gdzie są prądy, wiry, katarakty. To tak, jakby chirurg nie za bardzo wiedział, czy wyciąć prawą, czy lewą nerkę. A może obie?

Mimo to rząd przyjął projekt 18 czerwca. Ale tydzień później raz jeszcze pochylił się nad tą sprawą i nagle, bez dyskusji, zmienił decyzję. Górny limit całkowitych kosztów pozaodsetkowych ściął jeszcze głębiej z 45 na 20 proc. pożyczonej kwoty. Firmy pożyczkowe zapiszczały i mówią – trzeba interes zwijać. Uciekać jak ze Słowacji. A lichwiarze zacierają ręce.

Choć pożyczanie pieniędzy było jak świat światem sprawą drażliwą, budząca spory etyków i filozofów, było równocześnie też zawsze intratnym interesem. Jeszcze przed ostatnim wielkim kryzysem powstał model biznesowy pożyczek odmienny od bankowego kredytu. Bo bank pożycza pieniądze z depozytów, a te – zwłaszcza teraz, w okresie najniższych stóp procentowych w historii – dostaje niemal za bezcen. Model biznesowy firm pożyczkowych polega na tym, że gromadzą prywatny kapitał i pożyczają tylko z niego.

Jak go gromadzą? Biznes ten zakładają często fundusze inwestycyjne, a kapitał pochodzi z kredytów banków i z emisji obligacji. To nie jest wcale tani sposób pozyskiwania kapitału, który zresztą banki też musza mieć, ale zaledwie kilkanaście procent. I to pierwszy powód, dla którego jest w nich drożej niż w bankach. Drugi powód jest taki, że pożyczają tym ludziom, którym banki boją się pożyczać, lub nie chcą pożyczyć więcej. A więc tak zwanym klientom bardziej ryzykownym.

Biuro Informacji Kredytowej na podstawie swoich danych policzyło, że przeciętne starty banków na kredycie konsumpcyjnym po roku od jego udzielenia wynoszą 1,6 proc. Straty firmy pożyczkowej na pożyczce po tym samym okresie przekraczają już 10 proc.

To dwa główne powody, dla których pożyczka w niebankowej firmie jest droższa niż w banku. Czy jednak rzeczywiście jest tam „lichwiarsko” drogo? Jedna z organizacji zrzeszających takie firmy, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych policzyła, że zrzeszone w niej firmy (ok. 30 proc. całego rynku) miały w ubiegłym roku 43,4 mln zł zysku netto przy przychodach ze sprzedaży 902,6 mln zł. To znaczy, że ich rentowność netto na sprzedaży obniżyła się do nieco ponad 4,8 proc. Taka rentowność to wcale nie jest eldorado.

To prawda, że regulowane przez prawo, działające legalnie i rejestrowane przez Komisję Nadzoru Finansowego firmy pożyczkowe miały swój „złoty wiek”, kiedy ich rentowność sięgała niemal 25 proc. Ale właśnie wprowadzenie w 2016 roku limitów kosztów odsetkowych i pozaodsetkowych spowodowało, że się to skończyło. Już zresztą sporządzony w 2017 roku raport firmy doradczej EY ostrzegał, że wprowadzenie limitu 55 proc. bardzo ogranicza rentowność tego sektora i przedstawiał na to dowody. Ale został on całkiem zignorowany przez rząd.

Problem ludzi młodych

Kto pożycza w firmach pożyczkowych? Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi, że ubodzy emeryci, których nie stać na leki. I przytacza cytowany tu już przykład rencistki, której za nie oddane 650 zł komornik zajął prawie 22 tys. zł, a miał apetyt na znacznie więcej. Dodajmy, że to przykład z 2003 roku, kiedy rynek wyglądał zupełnie inaczej i roił się od ogłoszeń wiszących na słupach.

Ministerstwo samo zresztą przytacza dane Krajowego Rejestru Długów, że zaledwie 5 proc. zadłużonych emerytów ma długi u „lichwiarzy”. Ponad 80 proc. zadłużenia ludzi starych, schorowanych i niedołężnych jest w natomiast bankach. Klientami firm pożyczkowych są za to głównie ludzie młodzi. Osoby, które nie skończyły 35 lat to ponad połowa ich klienteli. A właśnie z młodymi banki mają największe problemy, gdyż są to teoretycznie klienci najbardziej ryzykowni.

Profesor Iwona Jakubowska-Branicka zwraca uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz. Otóż wiemy, że to właśnie w populacji ludzi młodych utrzymuje się wciąż wysokie bezrobocie, a duży odsetek w tej grupie wiekowej stanowią prekariusze. Brytyjski profesor Guy Standing twierdzi, że prekariat to nowa klasa społeczna, niekoniecznie obejmująca tylko młodych. W wielkim skrócie, to osoby bez stałej pracy, zatrudniane na „śmieciówki”, często oszukiwane przez niepłacących zleceniodawców. „Chwilówka” jest idealnym produktem dla prekariusza. Pozwala mu „dożyć” do wypłaty lub „przeżyć” czas na poszukiwanie kolejnego zlecenia.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie zastanawia się nad tym, co zrobią prekariusze pozbawieni legalnych chwilówek choć – to prawda – bardzo drogich. Ale trudno wyobrazić sobie bank, który pożyczy prekariuszowi pieniądze. Pewnie zamiast szukać chwilówki w internecie będą musieli szukać ogłoszeń na słupach. Ale to przecież ich problem. I wcale nie problem społeczny.

autor : Jacek Ramotowski

1.07.2019

Podobny obraz

Udostępnij Artykuł