Osiem grzechów głównych Rzeczpospolitej

Politycy i urzędnicy narzekają na przedsiębiorców, biznesmeni obawiają się urzędników. A wszyscy zapominają, że kapitalizm bez kapitału społecznego jest mocno ułomny. Niby wszyscy gramy do jednej bramki. Chodzi o to, by – odwołując się do hasła z czasów słusznie minionych – Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej.

System na pozór prosty – obywatele i firmy uczciwie i bez ociągania płacą podatki, organa państwa zaś finansują z nich niezbędne usługi publiczne, zapewniają bezpieczeństwo, stoją na straży prawa.

A jednak w tym układzie coś zgrzyta. Ani państwo nie ufa obywatelom (i firmom) w kwestii podatków, ani obywatele nie za bardzo wierzą, że pieniądze z tej publicznej daniny zostaną wykorzystane z pożytkiem dla ogółu. Kryzys zaufania. Z opłakanymi skutkami.

Wyniki gospodarki za III kwartał (GUS) były zimnym prysznicem. O ile to, że gospodarka spowalnia, specjalnym zaskoczeniem się nie stało (choć skala już trochę tak), o tyle rozmiar spadku inwestycji był już szokiem: 7,7 proc. rdr (a poprzedni kwartał też nie był inwestycyjnym eldorado)!

To, rzecz jasna, efekt opóźnienia wielkich inwestycji publicznych finansowanych ze środków unijnych, ale i inwestycje prywatne nie mają się wiele lepiej (też spadek, choć nieco mniejszy). Brak gotówki? Firmy wręcz śpią na pieniądzach – na rachunkach bankowych i lokatach przedsiębiorstw leży dobrze ponad 200 mld zł. A inwestycji brak… Dlaczego?

Z obawy o przyszłość. I nie chodzi tu bynajmniej o perspektywy gospodarcze. Raczej o administracyjne.

– W odniesieniu do inwestycji prywatnych nasilają się powody osłabienia działalności inwestycyjnej, takie jak niepewność w kwestiach podatkowych i prawnych oraz wzrost presji biurokratycznej i represyjnej państwa – ocenia prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów w rządzie Donalda Tuska, dziś główny ekonomista BCC.

Paraliżujące obawy

To, po części, także powód wstrzymania inwestycji publicznych. Opozycja grzmi o nieustannych kontrolach CBA w samorządach (będą dysponować większością środków z UE) i trudno oczekiwać, by w tej atmosferze podejrzliwości którykolwiek urzędnik samorządowy podjął szybką decyzję o wydatkowaniu dużych pieniędzy – a chodzi często o sumy wielomilionowe.

– Nie czepiajmy się urzędników… To naturalny stan w sytuacji, gdy niepodjęcie decyzji, nawet gdy szkodzi to gospodarce, jest dla urzędnika bezpieczniejszy niż jej podjęcie – powtarza przy każdej sposobności Robert Gwiazdowski, przewodniczący Rady Centrum im. Adama Smitha.

Nie, ta sytuacja nie jest – jak głosi opozycja – efektem działań rządu PiS przez ostatnie lata (chociaż obecna ekipa więcej niż trzy grosze dołożyła); to skutki procesu trwającego niemal od początku polskiej transformacji. Dość wspomnieć wyniki ankiety ogłoszonej podczas zeszłorocznego Kongresu Rzetelnych Firm (u schyłku rządów PO/PSL). 37 proc. z nich często spotykało się z sytuacją, że państwo – władza ustawodawcza, rząd i urzędnicy – traktuje ich jak oszustów. Podobny odsetek przyznał, że takie okoliczności zdarzają im się od czasu do czasu, a 19,1 proc. – że rzadko. Jedynie 6,4 proc. badanych nigdy nie miało poczucia, że ktoś traktuje ich z góry niby szwindlarza.

Bez dialogu i zrozumienia

Późniejsze badania (te same źródła), traktujące o oczekiwaniach wobec zapowiadanych przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego ułatwień dla przedsiębiorców (chodzi o pakiet 100 zmian dla firm) wskazują na brak wiedzy. Tylko 40 proc. przedsiębiorców słyszało o planie „#100 zmianDlaFirm”, a zaledwie 2 proc. znało szczegóły… Jedynie 30 proc. badanych wierzy, że kondycja przedsiębiorstwa się polepszy. A 5 proc. mówi otwarcie – proponowane zmiany odbiją się negatywnie na ich firmach. Zdaniem większości ankietowanych (65 proc.) nic się nie zmieni…

– To potwierdza, że mamy nie tylko niski poziom zaufania w biznesie, ale i w relacjach rząd-przedsiębiorcy. Ci ostatni traktują nieufnie kolejne zapowiedzi zmian na lepsze, bo żadne wcześniejsze nie zostały zrealizowane – oceniał te wyniki Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy. Ale i wspomniany brak wiedzy wskazuje, że coś jest nie tak, że między światami biznesu i administracji nie ma dialogu.

– Biznes i administracja państwowa to dwa różne światy. Biznesu nikt nie traktuje serio i nie ma znaczenia, która partia jest przy władzy. Jedyne zainteresowanie problemami biznesu wykazują one tylko podczas kampanii wyborczej; potem – w najlepszym razie – o przedsiębiorcach zapominają – twierdzi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Przyznaje, że problemem jest brak dialogu, a potwierdzeniem może być fakt, że – wbrew nazwie – Rada Dialogu Społecznego jest na dobrej drodze, by zostać instytucją fasadową.

I znów: to też nie jest specyfika jedynie ostatniego roku.

– W poprzedniej kadencji, a właściwie także w kilku poprzednich, widać było, jak politycy obawiają się i unikają kontaktów z biznesmenami. Dziś sytuacja niewiele się zmieniła, choć muszę przyznać, że jeśli chodzi o Ministerstwo Rozwoju widać pewną poprawę. Przynajmniej brak tej niechęci… – ocenia prezes KIG.

Niewielkie zmiany na lepsze – i to ograniczone do niewielkiego wycinka administracji państwowej – nie zmieniają jednak ogólnie ponurego obrazu sytuacji. Dwie dekady „pracowaliśmy” na takie wyniki!

Ach, ten Wilczek!

Co zdecydowało o kryzysie zaufania? W znaczącym stopniu niejasność i niepewność reguł. Częste zmiany prawa, jego niejednoznaczność sprawiają, że w sytuacji takiej niestabilności liczy się siła danego partnera. A w sporze administracji z biznesem mocniejszą stroną są organa państwa.

A przecież przedsiębiorcy mieli się cieszyć swobodą, a administracja – pełnić wobec nich funkcję w zasadzie usługową. Przewidywał to akt założycielski polskiego kapitalizmu. Oto u schyłku ustroju komunistycznego ówczesny minister przemysłu Tadeusz Wilczek stworzył ustawę o działalności gospodarczej (tzw. ustawa Wilczka z 1988 r.).

– Zniosła ona obowiązek uzyskiwania ponad 90 różnego rodzaju zezwoleń i koncesji i umożliwiła eksplozję polskiej przedsiębiorczości – przypomina Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.

– Kolejne rządy nowelizowały ustawę, dokładając przepisy z kolejnymi uprawnieniami dla urzędników – ze szkodą dla przedsiębiorczości, dla której państwo stało się wrogie – twierdzi Sadowski, dorzucając, że szczególnie opresyjne okazały się regulacje podatkowe (i to mniej z uwagi na wysokość podatków, a bardziej – na ich nieprzewidywalność). Mocne słowa, ale nieodosobnione.

Trzy lata temu pod kierunkiem prof. Jerzego Hausnera powstał raport o polskiej innowacyjności, równie mocno punktujący grzechy administracji. „Pokutuje (…) tutaj typowo biurokratyczna awersja do ryzyka i obawa przed posądzeniem o stronniczość, podczas gdy sukces lokalnych firm winien być wspólną sprawą przedsiębiorców i państwa. Do częstych przypadków należy także skrajnie niekorzystna dla podatników interpretacja przepisów i ściąganie należności za kilka minionych lat – wbrew zasadzie, że prawo nie działa wstecz. Podważa to zaufanie do instytucji państwa i upowszechnia przekonanie, że prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce obarczone jest dużym ryzykiem, którego źródłem jest samo państwo i jego aparat administracyjny” – czytamy we wspomnianym dokumencie. Otóż to…

Równia pochyła

O tym, że sytuacja się nie zmieniła, świadczy zeszłoroczny raport tego samego ekonomisty/naukowca/polityka. „W państwie polskim legalizm systematycznie góruje nad celowością, co powoduje, że system prawny działa jak automat proceduralny, który wyklucza odpowiedzialność i blokuje rozliczalność. Przepis staje się osłoną aparatu urzędniczego przed odpowiedzialnością i działa jak urzędniczy bezpiecznik. Źródłem nieustannych problemów jest historycznie utrwalone rozumienie prawa – jako narzędzia rządzenia, a nie jako systemu reguł wiążących zarówno obywateli, jak i rządzących.

Często uchwalane są niewykonalne przepisy. Formalistyczny legalizm staje się sposobem maskowania nikłej zdolności do realizacji politycznego planu działania lub jego braku, a czasami także źródłem legitymizowania politycznej pasywności. Formalistyczny legalizm wyraża się w kulcie przepisów prawa i procedur organizacyjnych. Jego istota polega na celebrowaniu literalnie ujmowanych przepisów i procedur – często przy tym wzajemnie sprzecznych, wyrywanych z kontekstu – oraz ich bezrefleksyjnym stosowaniu” – ten przydługi, ale oddający istotę problemu fragment znajdziemy właśnie w raporcie „Państwo i My. Osiem grzechów głównych Rzeczpospolitej”.

Oto politycy chcą przewidzieć (niewykonalne!) wszelkie sytuacje, jakie mogą się pojawić w życiu, także gospodarczym – i je skodyfikować. Efekt? Legislacyjna biegunka i chaos prawny. Owe regulacje mają notabene często charakter doraźnej reakcji na bieżące wydarzenia – bez cienia strategicznej refleksji. A to najczęściej oznacza potęgowanie bałaganu.

Przedsiębiorcy mają z nim do czynienia na co dzień i – mimo pojawiających się od dwóch dekad deklaracji kolejnych rządów o ułatwieniach dla przedsiębiorczości – co chwila wyskakuje przepis czy – co gorsza – interpretacja, które niemile biznes zaskakują.

Przykład z tego roku. Fastfoody stosowały 5-procentową stawkę VAT, uznając swą działalność za sprzedaż gotowych posiłków, co potwierdzały interpretacje podatkowe. W czerwcu minister finansów wydał interpretację ogólną: uznał, że świadczą usługi – i dlatego VAT winien wynosić 8 proc. Pamiętamy też podatkowe spory o szafy ścienne czy różnice w VAT między kawą czarną a tą ze śmietanką… Tysiące absurdów!

– Nie możemy zaakceptować sytuacji, w której uczciwy przedsiębiorca postępuje zgodnie z wydaną interpretacją indywidualną, a następnie zostaje obciążony domiarem z odsetkami, bo aparat państwowy zmienił zdanie – oburza się Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Pojawiają się próby przełamania impasu – np. wicepremier Mateusz Morawiecki przekonuje, że przełomem może być pakiet składający się na Konstytucję dla Biznesu (w części przygotowany przez poprzednią ekipę, m.in. przez ówczesnego wiceministra gospodarki, dziś wiceministra rozwoju Mariusza Haładyja), w którym znajdują się odwołania do ustawy Wilczka.

Przedsiębiorcy chwalą pomysł, ale i ostrożnie pamiętają, że Morawiecki nie jest pierwszym ministrem, który ogłaszał zapalenie zielonego światła dla biznesu. Może jednak będzie pierwszym, któremu uda się to rzeczywiście zrobić?

Duży może więcej

W sporze z administracją skarbową przedsiębiorca stoi na przegranej pozycji. Urzędnik może zablokować konta na czas kontroli (ta może potrwać miesiącami, w tym czasie firma upadnie). Urzędy wykorzystują swą potęgę nawet w tak rutynowych sprawach, jak zwrot podatku VAT.

W I półroczu tego roku kwota wstrzymanych zwrotów wyniosła 266,1 mln zł (rok wcześniej – 68,5 mln zł; wzrost czterokrotny!). I wszystko pod hasłem uszczelniania systemu podatkowego. W 2017 r. może być jeszcze gorzej, bo przepisy doprecyzowują okoliczności wstrzymania zwrotu VAT…

No i za niewielkie opóźnienie w uiszczaniu podatku już nie będą groziły tylko karne odsetki, ale i grzywna. Podobnie jak za nierzetelne wystawienie faktury, za które można się narazić nawet na więzienie (a widać tu spore możliwości interpretacyjne słowa „nierzetelny”).

– Pojawiają się jeszcze pomysły, by za wyłudzenia podatkowe groziła taka sama kara jak za zbrodnie… Takie zapowiedzi bardzo źle działają na wzajemne zaufanie – twierdzi Andrzej Arendarski.

Od rzemyczka do koniczka

Zaufanie kruszy się nie tylko w codziennych, „indywidualnych” sporach przedsiębiorców z urzędnikami. Czasami zagubieni mogą się czuć wszyscy obywatele.

Najpierw kilka kolejnych rządów przekonywało obywateli, że II filar to gromadzenie pieniędzy na (w domyśle większą) emeryturę, a zgromadzone w funduszach pieniądze mogą napędzać gospodarkę. Potem przyszedł rząd PO-PSL i właściwie wyrzucił OFE do kosza. Mniejsza z tym, czy słusznie czy nie… Bo ta sytuacja oznacza, że któryś z rządów się w najlepszym razie mylił (w najgorszym – cynicznie kłamał). W tej sytuacji coraz trudniej zaufać kolejnym gabinetom.

Coraz trudniej uwierzyć też w kolejne rządowe deklaracje. Platforma miała megafony pełne zachęt do inwestowania na giełdzie w ramach tzw. akcjonariatu obywatelskiego, po czym owej giełdzie przetrąciła kręgosłup wstrzymaniem prywatyzacji i zmianami w OFE…

Zmiany reguł doświadczyli w tym roku również przedsiębiorcy z sektora energetyki wiatrowej. Ustawa „odległościowa” skutecznie „pozamiatała po wiatrakach”. Oczywiście można dyskutować o udziale OZE w miksie energetycznym, lecz bez specjalnej dyskusji skreślono jedno z nich pod dyskusyjnym pretekstem (polskie normy „odległościowe” są teraz najsurowsze w Europie). A politycy specjalnie nie kryli, że w całej sprawie chodziło głównie o ograniczenie roli wiatraków, a nie o ich szkodliwość dla otoczenia. Mamiona możliwościami rozwoju branża snuła biznesowe plany, które obecnie może wrzucić do kosza. Po policzeniu strat…

Za rządów ostatniej koalicji państwo zachowywało się, powiedzmy, biernie, gdy w czasie „kryzysu infrastrukturalnego” największe cięgi (wielkie kłopoty finansowe, z upadłościami włącznie) zbierali podwykonawcy, głównie prywatne polskie firmy z sektora MSP… A szyld „inwestycje państwowe” wydawał się gwarancją bezpieczeństwa interesów.

Równi i równiejsi

Rząd PiS przyjął kurs na przyrost obecności państwa w gospodarce. Czy to pod hasłem repolonizacji sektora bankowego czy bezpieczeństwa energetycznego. Wielkie koncerny energetyczne angażują się w elektromobilność i inwestują w nowe bloki węglowe. Angażują setki milionów złotych w państwowe kopalnie. Rozmawiają o „kapitałowym zastrzyku” dla Polimeksu-Mostostalu. Inny potentat przejmuje wielki bank. Jest w tym konsekwencja – taka strategia. Neoliberalizm gospodarczy stał się „anachroniczną teorią”.

Ale wątpliwości i oponenci bynajmniej nie zniknęli.

– Instytucje państwowe są najgorszym właścicielem, bo podejmują decyzje nie zawsze uzasadnione ekonomicznie. Przedsiębiorca ryzykuje własnym majątkiem, urzędnik – majątkiem podatników – dopowiada Andrzej Sadowski i zwraca uwagę, że:

– Jeżeli rząd będzie się zajmował prowadzeniem spółek, które mogłyby pozostawać w rękach prywatnych, to nie starczy mu czasu ani sił, by wykonywać to, do czego został w istocie powołany – zapewniać bezpieczeństwo, rozwiązywać konflikty wewnętrzne, dbać o przestrzeganie prawa.

– Państwo jest zawsze silniejszą stroną i nie powinno konkurować na rynku z prywatnymi podmiotami. I nie jest dla rynku neutralne. Dla zabezpieczenia polskich interesów wystarczyłyby inne instrumenty – na przykład złota akcja – przekonuje Andrzej Arendarski.

Niestety, wydaje się, że polskie rządy przyjęły swoistą filozofię: im mniej rządzący radzą sobie z podstawowymi zadaniami, jak zapewnienie bezpieczeństwa i przestrzegania prawa, tym intensywniej szukają dodatkowych instrumentów, które ułatwiłyby im działanie. Poszerza się zakres własności państwowej, tworzy przepisy wzmacniające pozycję urzędników…

Te ułatwienia odbywają się jednak kosztem przedsiębiorców i obywateli. A ci coraz mniej ufają rządzącym, którzy muszą uciekać się do takich trików. Rządzący zaś widzą, że kolejne tysiące przepisów nie przynoszą spodziewanych skutków i zaczynają coraz mocniej podejrzewać, że ktoś tu bruździ. Pewnie przedsiębiorcy… I spirala się nakręca.

Adam Sofuł

Nowy Przemysł

Znalezione obrazy dla zapytania logo interia

Udostępnij Artykuł