Przerzucanie pieniędzy – nowy sposób na zarobek

Innowacyjne zyski dzięki niskim stopom? Oprocentowanie lokat w Polsce wynosi dziś najczęściej 1-2 proc. W innych krajach jest jeszcze niższe. Ludzie trzymają więc oszczędności w bankach z przyzwyczajenia i dla bezpieczeństwa. Najwięcej banków, pieniędzy i ludzi zamożnych jest w Ameryce. To tam rozwija się od roku przedsięwzięcie, które daje szansę zwiększyć zyski z lokat do zauważalnego poziomu.

Na kontach bankowych i na rachunkach funduszy rynku pieniężnego jest w USA ok. 13 bln dol. Firma BankRate oblicza, że przeciętne oprocentowanie depozytów jest tam więcej niż symboliczne i wynosi 0,09 proc. rocznie. W rachunku wyłącznie poglądowym, a więc bez styku z rzeczywistością, 0,09 proc. od 13 bln to 11,7 mld dol. odsetek rocznie. Gdyby oprocentowanie depozytów wzrosło do 1 proc., Amerykanie otrzymaliby w odsetkach od tej kwoty aż ponad 100 mld dol. więcej.

Żonglerka gotówką

Hipotetyczne 100 mld warte jest uwagi. Nic zatem dziwnego, że pochylił się nad nimi pewien dżentelmen z doświadczeniem i zacięciem bankowo –finansowym. Gary Zimmerman spełniał podstawowy warunek skutecznego wdrażania innowacji – jako doradca zarabiający doskonale w bankowości inwestycyjnej był dobrze wyposażony w kapitał.

Zamożny finansista nie może abstrahować od ryzyka i od zwrotu na zgromadzonych oszczędnościach. Będący pokłosiem recesji okres niemal zerowych stóp procentowych zmusił go do stałego poszukiwania banków oferujących korzystniejsze warunki depozytów. Zimmerman pracował w Japonii, więc nie mógł korzystać z usług tradycyjnych banków amerykańskich. Zaczął zatem śledzić tabele oprocentowania w bankach z dostępem online i przerzucał swoje zasoby gotówkowe z jednych do innych, dbając przy tym bacznie o to, żeby kwoty pojedynczych lokat nie przekraczały granicy gwarantowanych przez państwo wypłat. Górna granica wypłaty na wypadek niewypłacalności banku wynosi w USA 250 tys. dol. W Polsce jest to równowartość 100 tys. euro.

Łączne korzyści z „przerzutów” pieniędzy między bankami wyniosły po 3,5 roku 40 tys. dol. Zimmerman uznał jednak, że robienie tego „ręcznie” jest zbyt absorbujące, więc warto zastanowić się jakby to wszystko zautomatyzować, a jednocześnie zamienić w biznes. W tym celu założył własną działalność. Finansowo wsparł go tzw. anioł biznesu. Obu utwierdziły w tej decyzji dane statystyczne. Po pierwsze, Amerykanie trzymają dużą część swoich zasobów finansowych – 20-30 proc. – w gotówce. Po drugie, najzamożniejsze gospodarstwa domowe mają przeciętnie w gotówce i jej bardzo płynnych ekwiwalentach po 1 mln dol. Gospodarstw takich jest w USA 1,5 mln, więc punkt odniesienia dla biznesplanu to 1,5 bln dol. do „zagospodarowania”.

W innym ujęciu prezentowanym przez FDIC (Federal Deposit Insurance Corporation), w 2013 r. osoby prywatne, firmy i miasta trzymały na najniżej oprocentowanych rachunkach bieżących (mowa o rachunkach z saldem powyżej 250 tys. dol.) potężną kwotę 1,9 bln dol. Średnie saldo wynosiło 2,1 mln dol., a więc aż 1,6 bln dol. nieobjętych było gwarancjami państwowymi, za które odpowiada FDIC.

Biznes się kręci

Narzędzie informatyczne powstało szybko. Oparte na nim przedsięwzięcie należące do kierowanej przez Zimmermana spółki Six Trees Capital nazywa się (dość zgrabnie i zarazem łopatologicznie) MaxMyInterest, w pieszczotliwym skrócie używanym przez klientów – Max. Jest to rodzaj nakładki informatycznej nałożonej na rachunki bankowe klientów korzystających z tej usługi. Zasada jej działania to powielanie czynności wykonywanych przedtem przez Zimmermana ręcznie. Za zgodą klientów i uczestniczących banków środki przesuwane są tam, gdzie oprocentowanie jest akurat najkorzystniejsze. Istotne dla wszystkich stron jest to, że lokaty mieszczą się w granicy gwarancji państwowych.

Formuła Maxa przypomina w działaniu tzw. sweep accounts, czyli w niemal dosłownym i jednocześnie wolnym, a nawet swawolnym przekładzie, „rachunki podmiatane”. (bardziej urzędowo nazywać je można rachunkami z automatycznym inwestowaniem nadwyżkowego salda). Powstały one w USA w odpowiedzi na przepis, który zabraniał bankom oprocentowywania rachunków bieżących. Zainstalowane w banku oprogramowanie śledzi za zgodą właściciela ruch na jego rachunkach bieżących i w razie potwierdzenia po kalkulacjach, że jest to możliwe, przesuwa ewentualne nadwyżki na inne, lepiej akurat procentujące, rachunki.

Najczęściej są to fundusze rynku pieniężnego związane z bankami oferującymi sweep accounts. (Money-market funds powstały w latach 80. XX wieku właśnie w odpowiedzi na restrykcje dotyczące oprocentowania rachunków bieżących.) „Rachunki podmiatane” tworzone są także z uwagi na bezpieczeństwo – przesuwane są na nie kwoty powyżej gwarantowanych 250 tys. dol. Mark Brooks, szef Kapstone Consultants szacuje, że na sweep accounts jest obecnie w USA ok. 25 mld dol.

Model biznesowy MaxMyInterest widziany od strony firmy i jej klientów jest niezwykle przejrzysty: jedna opłata, żadnych reklam na stronie, żadnego komercyjnego obracania danymi klientów. Uczestnik płaci 8 pkt bazowych, czyli 0,08 proc. od kwoty zadeklarowanej przez oszczędzającego. Jeśli kwota ta wynosi np. 1 mln dol., to Max potrąca 800 dol. rocznie, po 200 dol. co kwartał.

Firma nie ujawnia liczby klientów, ale parę danych udostępnia. Przeciętny klient angażuje oszczędności w wysokości ponad 500 tys. dol., a rzeczywiste kwoty deklarowane przez klientów wahają się od 50 tys. dol. do 5 mln dol. Oprocentowanie uzyskiwane w ramach Max wynosi ok. 1 proc., więc korzyści dla klienta wynoszą ok. 0,8-0,9 proc. rocznie (1 proc. minus 0,09 proc. standardowego oprocentowania w bankach minus 0,08 proc. opłaty). Zarobek nominalny uczestnika przedsięwzięcia wynosi 8-9 tys. rocznie od 1 mln dol., wobec 900 dol. w skali całego amerykańskiego sektora bankowego. Max to zatem coś w rodzaju kontrolera ruchu lotniczego odpowiadającego za prowadzenie samolotów właściwym kursem.

Jaki jest sens współpracy z Maxem po stronie banków? Banki internetowe mają istotnie mniejsze koszty, bo nie muszą utrzymywać gęstej sieci oddziałów, a dużą część operacji przerzucają na klientów, którzy sami przygotowują przelewy. Stąd możliwość przeznaczenia części oszczędności na kosztach na podwyższenie oprocentowania rachunków i lokat, co skutecznie przyciąga kolejnych klientów.

Wszyscy zadowoleni

Zimmerman sądzi, że w momencie, gdy stopy procentowe pójdą w USA w górę, to oferta Max stanie się jeszcze atrakcyjniejsza. Opiera to przekonanie na wiedzy, że wielkie i duże banki amerykańskie zgromadziły wielkie depozyty i często trzymają na prowadzonych przez nie rachunkach nawet zbyt dużo pieniędzy (w relacji do udzielanych kredytów). Banki online są mniejsze, mają niższe koszty i dążą do powiększania swoich aktywów (tj. produktów pożyczkowych), co wymaga odpowiedniej bazy depozytów, które trzeba jakoś do siebie przyciągnąć. Różnica w oprocentowaniu oferowanych przez potężne banki tradycyjne, a banki internetowe może być zatem jeszcze większa niż obecnie.

Interes właścicieli MaxMyInterest i jego klientów jest jednak tak oczywisty, jak nieoczywisty jest interes jednej z dwóch grup banków przystępujących do przedsięwzięcia. Banki z jednej grupy – te potrzebujące większych depozytów wiedzą, że muszą za nie zapłacić hojniej niż konkurenci. Banki z drugiej – te z dużymi zasobami powierzonej im gotówki niechętnie rozstają się z klientami i ich pieniędzmi. W sytuacji niemal zerowych stóp procentowych koszty depozytów są dziś dla nich mało istotne, a poza tym po co wzmacniać konkurencję, oddawać jej miecze, jak Krzyżacy Jagielle i ponieść potem klęskę?

A jednak są takie, które chętnie działają wspólnie z Maxem. „Dawcami” depozytów są takie giganty jak JP Morgan Chase, Citibank, First Republic, Wells Fargo i Bank of America. Po stronie korporacji finansowych przyjmujących lokaty i związanych umowami z MaxMyInterest są natomiast Barclays, GE Capital, American Express, Ally Financial i Capital One 360 (d. ING Direct). Motywacja banków-dawców nie jest aż tak bezpośrednia, jak biorców. Rezygnują one z pewnej części depozytów w dbałości o wizerunek i zarazem z czystego wyrachowania. Duża część depozytariuszy trzyma u nich na pojedynczych rachunkach kwoty przewyższające gwarantowany limit 250 tys. dol. W Ameryce zmalało po kryzysie poczucie bezpieczeństwa finansowego, więc chwalić się można przed klientami, że jest ono w danym banku przedkładane ponad bieżący interes korporacyjny. Poza tym, skuszony lepszym oprocentowaniem lub zafrasowany klient mógłby przenieść samodzielnie niegwarantowaną nadwyżkę pieniędzy gdzie indziej, a potem uznać, że private banking i zarządzanie aktywami osobistymi (wealth management) stoi tam na wyższym poziomie niż w starym banku i w końcu opuścić go na dobre.

Drugi czynnik ma charakter formalno-finansowy, ale po części także marketingowy. Duże banki amerykańskie muszą mieć na stanie ponadnormatywne, a w dodatku płynne (a więc droższe) środki równoważące w ich bilansach depozyty nieobjęte gwarancjami państwowymi. W obecnych warunkach takie depozyty stawać się mogą w takiej sytuacji nieopłacalne, nawet jeśli podnieść co nieco koszty ponoszone przez klienta, np. opłatę za prowadzenie takiego wysokiego rachunku. Współpraca z Max daje więc dużym bankom szansę uniknięcia strat na takich rachunkach, a równocześnie możliwość zachwalania przed klientami cnoty, jaką ma być nadzwyczajna dbałość o jego interes.

Gary Zimmerman nie jest w Ameryce osamotniony. Podobne usługi oferuje także firma Anova z Północnej Karoliny, czy waszyngtońska Promontory Interfinancial Network współpracująca z 3 tys. banków.

Pytanie, czy można przenieść ideę i pomysł MaxMyInterest do Polski doczeka się najpewniej negatywnej odpowiedzi. Powód – za mało majętnych Polaków, żeby móc korzystać z efektu skali. Z drugiej strony, banki nie mają dziś wśród Polaków wysokiej reputacji. Na ich miejscu rozważyłbym zatem przeniesienie nad Wisłę rozwiązania sweep accounts, dostosowanego do indywidualnych możliwości dzisiejszych klientów.

Jan Cipur, ObesrwatorFinansowy.pl

Private Banking

INTERIA.PL

Udostępnij Artykuł